piątek, 23 września 2016

Jak w pełni doświadczać Świata

Dzieje się, cały czas się dzieje. Wszędzie. W żarze wszystkich wydarzeń, walk, protestów i sporów proponuję na chwilę się wyłączyć. Zastanawiam się często jak jako ludzie funkcjonujemy. Jak to wszystko dźwignąć skoro jeszcze trzeba chodzić do pracy, szkoły, wychowywać dzieci, przeżywać jakieś własne dramaty, radości i jeszcze nadwyrężać mózg wcale niefajnymi wydarzeniami. Jesteśmy silnymi stworzeniami, ale każdy się czasem może przeładować i buchnąć wkurwem na wszystko. Nie jesteśmy cyborgami. 

Na dzień chociaż jeden ale cały od rana do nocy- proponuję totalnie wyłączyć się z sieci, telewizji, omijać kioski i sklepy, gdzie w radio dudnią wiadomości. 
Nie jestem poradnikiem życiowym, ani mentorem, nie śmiem nikomu nic wskazywać, bo sami macie swoje do zrobienia. Ale jeżeli ktoś potrzebuje jakoś się odciąć to się dzielę, bo może nie macie pomysłu jak w tym wszystkim odnaleźć spokój i zrobić coś tylko dla siebie. A jak macie dzieci- to z dziećmi ;).
Jadąc dziś tramwajem widziałam jak starsza Pani zaczepiła młodą kobietę, mówiąc, że przypomina jej przyjaciółkę z czasów konserwatorium muzycznego, że jest tak samo piękna, ale nie miała z tamtą kontaktu, bo się urwał w latach 70. Problem z telefonami i coś tam jeszcze. Opowiadała o tym, że chodziły razem latem na rynek po zakupy, żeby iść do parku z pełnym koszem jedzenia i grupką przyjaciół ze szkoły, śpiewając i grając do nocy, a jak ktoś ukradł z domu jakiś trunek to nawet do rana. Dziewczę uśmiechnęło się zbywając panią oczami, włożyło słuchawki i totalnie się odłączyło. No tak, co będzie jakaś baba jej wchodziła w świętą przestrzeń, fakoff, nara, nic mnie to nie obchodzi. I to też szanuję, każdy ma do tego prawo, coś tam też przeżywa w życiu, może akurat to nie jej dzień na słuchanie jakiś bab w tramwaju. Ale ja dziś słuchałam i widziałam te wspomnienia, poczułam ten żal przemijania i dlatego piszę to, co piszę ;).

1. Wyjmij słuchawki z uszu

To wspaniale, że ludzie słuchają muzyki. Nic tak nie cieszy jak ulubiona nuta w uchu. Muzycy wciąż komponują, jest tyle tego, że naprawdę warto  chłonąć, poznawać. Ale gdyby tak od czasu do czasu wyjść z własnej głowy, wyjąć dźwięki nagrane i otworzyć się na te "żywe"? Nawet jeżeli mieszkasz w dużym mieście to wychwyć śpiew ptaka, posłuchaj jak znienawidzone gołębie gruchają, wsłuchaj się w tętniące miasto, przez które nadal przebija się natura, szeleszczą liście jesienią pod butem. Czy ten melanż dźwięków to nie wspaniała odskocznia. Jacy jesteśmy w tym wszystkim malutcy, gdy otacza nas muzyka. Pobądź sam ze sobą, spróbuj w tym odpocząć. Czasami można posłuchać też ludzi. Mnie cieszy chociażby śpiew żula. A gdy ktoś gra na ulicy i śpiewa, nawet jeżeli jest to kolejny raz Dżem grany przez kuca, aż do porzygu, to i tak mnie cieszy, bo komuś się chce coś robić, a mi się maluje uśmiech na twarzy.


2. Zrób codziennie jedno zdjęcie

Teraz kiedy telefony służą również do robienia zdjęć czy nagrywania filmów, łap momenty, które są warte zapamiętania. Nie mówię o tym by wyczekiwać z odpalonym aparatem na jakieś wydarzenia. Ale jak już idziesz z psem na spacer, albo po bułki rano. A nawet czekasz na autobus do pracy. To popatrz jak słońce jakoś tak pięknie okryło dach domu sąsiada i drzewka w jego ogrodzie, albo jak deszcz zmywa brud z samochodu. Celebruj ten moment, zapamiętaj go i pstryknij fotkę, nawet jeżeli później wyda się absurdem. Gwarantuję, że przy kolejnym przeglądaniu galerii poczujesz tę chwilę. Ja mam notes z ważnymi sprawunkami, który często otwieram przypadkiem na różnych notkach typu "zapamiętaj to!". Data, godzina i miejsce. I podczas odszukiwania czegoś ważnego, to jest chwila tylko dla mnie, nawet jeżeli trwa pół sekundy, to wystarczy, by poczuć moc szczęścia. 


3. Wyjdź z samochodu, idź na spacer, odpal rower

Mnóstwo ludzi zostawiło fury i wróciło do jazdy rowerem. Mnie to nawet jest głupio, że ja tego nie robię, ale od czasów ciąży jakoś nie miałam okazji, bo jest dziecię, wózek więc spacerujemy. 
W Łodzi od kiedy są miejskie rowery to na widok ludzi na jednośladzie serce roście.  Jak napisałam wyżej, ja spaceruję. Podczas dreptania odkrywam Łódź wciąż na nowo. Uwielbiam chodzić Piotrkowską i patrzeć na ludzi i wciąż odkrywać coś nowego na kamienicach czy w bramach. Ludzie są tak różni, tyle różnych światów noszą w sobie. I może zabrzmi to patetycznie, ale to tyle cudów istnienia. Każdy krok który stawiamy - czy to nie jest powód do radości. Uświadomić sobie ile mamy w tej jednej niedocenianej na co dzień rzeczy.

4. Rozmawiaj z ludźmi, osobiście

Weź wyłącz tego messendżera, łocapa czy wajbera. Nie pisz smsów, umów się przez telefon- bo tak najłatwiej i idź spotkaj się na kawie, czy w parku, idź na szota. Zauważyłam, że coraz mniej ze sobą rozmawiamy. Nawet podczas spotkań z ludźmi, łapię się na tym, że siedzę w komórce minimum połowę czasu, który mogłabym poświęcić na żart czy rozmowę. No żart, bo ja jestem z tych, co dużo głupot gadają. A teraz boję się mówić te moje głupotki, bo strach przed tym, że ktoś nie weźmie poprawki na to, że żart jest żartem też się zrodził z tego, że socjal media "ułatwiły " nam kontakty. Dzizus kurde i co teraz? Trzeba wrócić do rozmów, bez Internetu. Bo tak! Później człowiek chodzi jakiś taki, naładowany. I można bez alkoholu, ale akurat znalazłam zdjęcie mojej ulubionej kawówki, to wrzucam ;).


5. Ahoj przygodo! 

Nie rozpaczaj jeżeli nie uda się w tym roku pojechać na jakąś wycieczkę do ciepłych krajów, czy nad piękne polskie morze. No nie uda się i koniec. To wsiądź na swój rower, czy pada czy nie pada i jedź gdzieś. Weź kanapki, herbatę w termosie, ciepły sweter w plecak i poczuj na chwilę ten brak komfortu psychicznego, że dom jest blisko. Nie proponuję auta bo to super komfort, a ja Was tu na catarsis namawiam tak naprawdę (hyhy). Poczuj, że jesteś daleko od domu, nawet jeżeli zrobisz 20km i zacznie lać, wtedy poczujesz bezradność i panikę. "Kurde, mogłem zostać, po co mi to było?" No poczuj się bezradny, bo chodzi o to, żebyś zatęsknił i docenił tę bezsensowną codzienność, bo może jednak coś się w niej znajdzie wartego uwagi. 
Jak możesz jechać odwiedzić znajomych do innego miasta, to jedź, nawet na dzień, wyjedź rano, wróć wieczorem, nawet jeżeli macie wypić szybką kawę, a podróż busem czy pociągiem będzie trwała więcej niż ta przysłowiowa kawa. To jest reset dla Ciebie, popatrz przez okno tego autobusu, pociągu i doceń to co za oknem. 
A na co dzień - po prostu idź pobiegaj. Chociaż 35 minut.  Biegnij wolno, swoim tempem i postaraj się wyciszyć i wsłuchać w to wszystko co opisałam w pierwszym punkcie. Słuchaj, obserwuj. A jeżeli nie chcesz myśleć, zajmij głowę na przykład liczeniem. Takim zwykłym. Jeden, dwa, trzy, cztery ...i licz, dopóki na zegarku nie zobaczysz, że minęło z piętnaście minut. :). Poczuj się zmęczony, poczuj jak bolą Cię nogi. Poczuj pot na plecach i czole. A jak wrócisz do domu, wykąp się, zjedz coś dobrego i poczuj pełnię szczęścia. Popatrz na niepodlaną paprotkę i podlej ją, poczuj małe szczęścia. Spójrz na zwierzaka, ucałuj dziecię. A jeżeli jesteś typem samotnika bez roślin i zwierząt, to się do sąsiada uśmiechnij. Bo to są małe rzeczy, które cieszą.



Don't worry, be hippie!

 

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Wystawianie wymion, czyli dojarsku maszinu matki

Od kilku dni, to tu to tam, prowadzimy ze znajomymi luźne rozmowy o tym popularnym ostatnio (hyhy!) karmieniu piersią.
Tak przy tych wszystkich historiach z internetów postanowiłam napisać dwa zdania bo coś tam mi się plątało po głowie, tym bardziej, że sama cały czas karmię.

Z moich obserwacji większość "ankietowanych" w ogóle nie widzi problemu z karmieniem, bo to takie normalne, a jedzenie przecież nie jest problemem. Niektórzy nie mają zdania w ogóle. Jedni się burzą "bo jak to?!", a jeszcze inni i chyba w sumie jak większość- się troszkę krępuje. Nie dlatego, że przeszkadza im ten obraz dziecko- pierś, a raczej PIERŚ dziecko, czy że myślą, że ja jako karmiąca nie szanuję czyiś uczuć religijnych.
To odbywa się po prostu odruchowo, przez wyuczoną w domach "kulturę", gdzie nie mówi się głośno o różnych sprawach, więc po prostu "cyc" też jest jakimś tam tabu.
I człowiek się po prostu miesza i mota, bo co wtedy "Rozmawiać dalej? O kur#a widziałem cycek. Gdzie patrzeć, w oczy? Na dziecko? Helloł pokazujesz cycek! Ohhh w sumie to słodkie, sama natura".
A ja? Ja to też szanuję. To, że ktoś się krępuje, bo przecież ma prawo czuć się zmieszany i mieć jakieś swoje zdanie. 
Ja z natury szanuję wszystkich, po prostu. Dopiero później się uczę...
I tu takie zdanie ode mnie, za mnie i w sumie to do moich znajomych. Nie piszę w imieniu wszystkich matek świata. 
Jestem osobą towarzyską i nie wyobrażam sobie siedzenia z dzieckiem w domu non stop tylko dlatego, że mam paraliż spowodowany publicznym nakarmieniem G. Chodzimy, spacerujemy, jeździmy tu i tam. Je normalne jedzenie, ale jest też na piersi.
Jeżeli ja się nie krępuję przy Was karmić, to znaczy, że Wam ufam i czuję się dobrze oraz pewnie w Waszym towarzystwie. Nie robię tego z premedytacją. "Patrzcie, mam cycki mleczne, fapujcie, uwaga niech wszyscy widzą!". Sprawa jakiekolwiek seksualności w tym przypadku spada na mega daleki plan i wiem to. Po prostu ja ufam, że jako moi znajomi szanujecie to, że mam dziecko i je karmię, bo trochę jestem matką i zawsze nią chciałam być. Pomyślcie też o tym, że Waszą matkę ktoś by za Was zjeb#ł bo Was karmiła w knajpie. No za własną Starą to każdy prawie w ogień by poszedł.
To moja taka mocna praca i ważna rzecz, żeby dać mu akurat to, co uważam za podstawę do życia. I jak ktokolwiek taką matkę umie wygonić z restauracji, to musi wiedzieć, że jest Jej na pewno mega przykro. Bo samo macierzyństwo to często poza pięknymi chwilami stres i zmartwienia, czy na pewno wszystko robię ok. I skoro wyszła z domu, bo może, a tu jeszcze ją ktoś upomina. To naprawdę musi być po prostu przykre. Macierzyństwo to nie więzienie. To serio fajna sprawa, ale jednym przychodzi łatwiej, innym trudniej. Dużo mam nie daje rady, nie chce karmić, nie ma cierpliwości, nie ma wsparcia! Więc jak już taka mama karmi piersią, to nie traktujmy jej jak intruza. To też jest praca. No, a najważniejsze w tym wszystkim jest dziecko i jakby od niego powinno się zaczynać każdy temat w tych dyskusjach. Cycki są i były wszędzie, zawsze. Wystarczy przejść się do kiosku. 
Temat tego ile karmię, to już temat na inne przemyślenia, mądrości i filozofie. Za rok coś napiszę, jak znów jakąś babkę pogonią z knajpy.
A jeżeli ktoś z sympatią zerknie w kierunku mojej dojarskiej maszinu, to przyjmę to jako komplement, że są jeszcze osoby zainteresowane moimi cyckami <fakjeeeeee>. Pod warunkiem, że nie jesteś starym wielkim oblechem <HUAHUAHUAHUA>
KUNIEC

czwartek, 19 maja 2016

25 oznak, że bliżej Ci do hippie matki, niż do matki Polki

Do dzieci ciągnęło mnie zawsze, a mój zegar tykał i tykał. Zanim się doczekałam, to moja historia się pisała, a ja po drodze kształtowałam swój światopogląd, nie patrząc na to, co ktoś o mnie pomyśli.
G. ma teraz ponad rok, a ja jestem najszczęśliwsza na świecie. Chciałam, doczekałam się i mam!
Kiedyś żartobliwie nazwano nas rodziną hipisów, bo do standardowej rodziny to nam daleko.
To był chyba komplement i sugerując się nim napisałam ten post.
Jeżeli minimum chociaż pięć z tych wszystkich punktów przypomina Ciebie, to zdecydowanie bliżej Ci do Hipisa niż do Matki Polki, Mamo.

1. Karmisz piersią bo wiesz, że to po prostu czysta natura, rzecz normalna, nie żadne fanaberie ani skrzywienia psychiczne. Jesteśmy ssakami, a czy karmisz do 2 czy do 18 roku życia, to już Twoja sprawa.

2. Ćwiczysz gimnastykę słowiańską, jogę lub bieganie zamiast napierdzielać "planki" z Chodakowską czy wyciskanie na siłce.
https://www.facebook.com/gimnastykakobiet/
3. Przygotowujesz posiłki sama, bo widzisz co wrzucasz do gara od miłości -po jedzenie.

4. Wstajesz rano i jesteś wdzięczna za to wszystko co Cię w życiu spotkało i jakimi szlakami do tego doszłaś. 

5. Zamiast kaszy z mlekiem na śniadanie podajesz dziecku pastę z ziarnami konopi na kolorowych kanapkach. 
6. Poisz dziecko wodą, a syrop "glukozowo fruktozowy" należy do słów tych zakazanych w Waszym domu razem ze słowami nie dam rady, nie umiem, nie stać mnie. Słowa mają moc, pamiętaj.

7. Nie złościsz się na dziecko gdy ubrudzi sobie kolanka w najnowszej wystrzałowej kreacji marki znańszej od znanych. Pozwalasz poznawać świat, obserwujesz zachowania i jesteś obok. A jak się pobrudzi, to się wypierze. Od czego jest rzeka i piasek, Hipisko.

8. Masz w domu więcej kamieni szlachetnych, kwiatów, kaktusów czy ziół niż niejedna kwiaciarnia.


9. Zamiast leków, syropów i różnych tabletek u Ciebie jest ziołowa apteczka. Dość już wszelkiego rodzaju maści począwszy od maści na ból dupy. 

10. Nie masz telewizji od kilku lat i nie śledzisz tego co się dzieje w polityce i mediach. Chyba że chodzi o muzykę. Wtedy śledzić wypadałoby, bo to sama przyjemność.

11. Wiesz kiedy Księżyc jest w jakim znaku i ogarniasz astrologię, kalendarze chiński, menstruacyjny, księżycowy czy majański. Wszystkie inne też, bo wtedy wiesz, dlaczego dzień, jest jaki jest <lol>.



12. W domu nie jecie mięsa bo traktujecie wszystkie życia na równi z Waszym, a w młody organizm nie pakujecie zestresowanych martwych zwierzątek, bo na zdrowie to nikomu na pewno nie wyjdzie.


13 Jedliście jarmuż, soczewicę i liście rzodkiewki zanim ludzie dowiedzieli się, że TO się je ;)

 14. Nawet, jeżeli ktoś krytykuje Twoje macierzyństwo, to Ty wiesz, że ma prawo mieć swoje zdanie. Nie wściekasz się tylko prosisz o nie wtrącanie się w Twoje metody wychowawcze.
Każda to macierzyństwo musi przeżyć sama, nawet jeżeli swoimi dziećmi nazywa koty, psy czy mrówki w kuchni. Love.


15. Kosmetyki wybierasz nietestowane na zwierzętach i z naturalnym składem. Może używasz szamponu, ale w większości rezygnujesz ze wszystkiego co ma sztuczne składniki, a mydło czy puder robisz z kamieni, pokrzywy i wodorostów. 
 16.  Sprzątasz dom octem, sodą, cytryną, na koniec oczyszczając go białą szałwią. Zamiast odświeżacza powietrza używasz cudownego zapachu patchouli lub indyjskich naturalnych kadzideł o zapachu kompostownika i sandała.

17. Nad łóżkiem dziecka zamiast grzechotek wisi łapacz snów, Anioły, Zwierzęta Mocy, symbole świętych, symbole ochronne i dzwonki Koshi. Jakby tego było mało, jest tam jeszcze figurka Buddy.
https://www.facebook.com/BerryTheKnit/
 
18. Na fejsa (jeżeli w ogóle masz prąd, komputer a dopiero fejsa ) zamiast zdjęć dziecka wstawiasz mądre duchowe cytaty i zdjęcia własnoręcznie uszytych przez Ciebie spódnic oraz szydełkowe dywaniki.

19. Spędzasz w zabawie ze swoim dzieckiem codziennie minimum pół godziny.

20. Pamiętasz(?) o tym, że słowa mają moc i kształtują postrzeganie dziecka, więc nie nazywasz Go
(ot tak słodziutko) pasożytem czy wymuszaczem. Po kimś w końcu ma te wszystkie wspaniałe zachowania, więc obrażając dziecko, obrażasz również jego stwórców.

21. Nie używasz słowa NIE na wszystko, czego nie wolno.
A jak używasz, to wysilasz swój mózg i mówisz, dlaczego NIE wkładamy rączek do kontaktu. Musi być jakiś powód wszystkich zakazów i nakazów ;).

22. Twoje dziecko wychowuje się razem ze zwierzętami.
(Czy to pies, kot, czy świnia, to wiedz,że najbardziej jednak bierze przykład z Twoich zachowań drogi zwierzaczku).

23. Przestałaś dawno temu czytać opinie, rady ekspertów i aktualne trendy wychowawcze i słuchasz wyłącznie swojej intuicji bo jako Matka sama wiesz co jest najlepsze dla Twojego dziecka.


24. Wiesz, jak leczyć raka czosnkiem i ciecierzycą oraz jak jemu zapobiegać, bo czytasz mnóstwo książek i Internetu. W tym ofkors "o zaletach surowych diet, magii wody, ognia, Ziemi czy powietrza, modląc się przy tym do najświętszych bóstw wszystkich religii Świata i swoich zwierząt mocy.

25. Idziesz spać z wdzięcznością za przeżyty cudownie dzień i doświadczenia jakie Cię spotkały.


Mamo, pamiętaj więc, że nikt nie będzie lepszą matką od Ciebie, tylko przyjmij ten dar sercem. A jak nie umiesz, to napisz do mnie. Może coś zaradzimy. 
Nic nikomu nie musisz udowadniać. Jesteś swoją najlepszą wersją tylko pamiętaj by siebie kochać i akceptować bo zawsze sobie poradzisz.
zdjecia pinterest, wordpress, internet albo moje zbiory

czwartek, 28 stycznia 2016

Telewizja, masz wybór


Nie oglądamy telewizji, chociaż mamy telewizor. Czasami używamy go jak mamy siłę by obejrzeć jakiś film na większym ekranie niż laptop. Wiele osób wybrało taką drogę. Ja nie wiem czy już jestem stara czy nie do końca rozumiem to co teraz leci w tv. Czasami zdarzy mi się u kogoś coś obejrzeć. Pod kątem dzieci to kilka bajek jest naprawdę ciekawych. My jeszcze mamy czas na ich wybór dla naszego dziecka, ale naprawdę trzeba filtrować treści bo inaczej wyhodujemy zombiaki. Ostatnio oglądałam na yt jakieś mieszanki reklam z bajkami- ponoć dzieci to uwielbiają, a dla mnie to był zlepek bezsensownych dźwięków i haseł.  Wiem, że niekiedy pokazanie dziecku tablet czy włączenie telewizora to "wolne ręce", chwila na kawę itp. Ale myślę, że póki co wolę wypić tą kawę zimną i posiedzieć z brzdącem bez tv, wychodząc na spacer czy po prostu bawiąc się. Na razie jesteśmy na etapie chodzenia przy ścianie czy przy kanapie więc jeszcze pewnie mam chwilę by się relaksować ;). Powyżej ulica sezamkowa i karmienie piersią. Takie ciekawostki powinny być do tej pory.
I trochę rebelianckich obrazków na temat telewizji ;)








I hit mojego syna-

czwartek, 14 stycznia 2016

Toksyczni rodzice

Tekst nie jest mój. Przeczytałam go dziś na facebooku na fanpejdżu zwanym Evolutio Psychoterapia Ciałem. Jest bardzo mądry, ostry. Daje do myślenia, jeżeli chodzi o bycie matką, trochę widzi się swoją matkę w tym. Pozwala inaczej popatrzeć na swoje zachowanie, na to jak w przyszłości działać jako rodzić. Skopiowałam, żeby wracać do tego, gdy będę nadopiekuńcza, albo gdy będzie mi się wydawało, że dziecko to moja własność. Źródło jest podlinkowane w nazwie fanpejdża.  Miłej lektury.
Toksyczna matka powoduje, że dziecko nie może odnaleźć się w swoim dorosłym życiu, nie czuje się szczęśliwe, niczym nie umie się zadowolić, ma duże poczucie lęku, kłopoty z relacjami osobistymi i przejmuje toksyczność matki. 
 
- Każda rodzina jest czymś naznaczona, na szczęście nie każda w sposób skrajny.

 Nadopiekuńczość

Największa z możliwych toksyn. Nie pozwala dziecku dojrzeć, usamodzielnić się, odciąć pępowiny i cieszyć się życiem. Ogranicza i blokuje zdobywanie doświadczeń. Matka twierdzi, że to z miłości, tymczasem jest to przemoc z dorobioną ideologią.
Nadopiekuńczość to żadne matczyne kochanie, tylko chęć kontroli za wszelką cenę, poprzez rzekomą „dobroć”. Wyręcza, usprawiedliwia, „wie”, co dla jej dziecka najlepsze. Najchętniej zorganizowałaby mu cały świat i autonomię dziecka odbiera jako zagrożenie dla jej miłości. A dziecko się dusi – im większe, tym bardziej.
 Poświęcanie się

To kolejna zmora. Zawsze podszyte poczuciem krzywdy iwpędzaniem w poczucie winy „niewdzięcznego” dziecka. Nikt nie potrzebuje i nie chce niczyjego poświęcenia, zwłaszcza własnej matki. Co innego świadomy wybór: rezygnuję z pracy, bo chcę pierwszy okres życia mojego dziecka tak właśnie spędzić. Zarzucanie dziecku, że dla niego matka zrezygnowała z „kariery”, że wszystko oddała w imię jego dobra – jest kłamliwą manipulacją. Za takim przejawem przemocy (a tak!) stoi zwykle jej neurotyzm i niespełnienie.
Obarczanie dziecka poczuciem winy za własne frustracje i nieumiejętność życia to wyraz niedojrzałości i zaburzonego funkcjonowania matki. Za tym zwykle stoi chęć kontroli i podporządkowania sobie wymykającego się dziecka. Szantaż emocjonalny („Ja dla ciebie to czy tamto, a ty pięknie mi się odwdzięczasz”) i roszczeniowość w imię rzekomych poświęceń uniemożliwia dziecku normalne życie, powodując złość, poczucie winy, poddanie się i głębokie zaburzenia nerwicowe.
 

Domaganie się całkowitego oddania emocjonalnego

Matka za wszelką cenę chce utrzymać pozycję najważniejszej osoby w życiu dziecka. Nie bierze pod uwagę tego, że naturalnym procesem jest zmiana i że jej rolą jest przygotowanie dziecka do dorosłego życia, bycia partnerem i rodzicem. Zamiast uczyć córkę szacunku do siebie samej, a syna, jak warto traktować kobiety, najchętniej ubezwłasnowolniłaby własne dziecko, by dało jej taką miłość, jakiej nie otrzymała od wybranego przez siebie partnera. Posunie się do udawania choroby i wzywania dziecka pięć razy w tygodniu w środku nocy lub przed ważnym towarzyskim wydarzeniem dziecka, w którym miała nie brać udziału, ataków wymówek albo „rezygnacji” („No tak, jedź sobie na ten weekend, a ja zostanę sama. Może umrę, to nie będziesz mieć więcej ze mną kłopotu…”).
 
Bierna służąca

Uzależniona od mężczyzny lub od dziecka (co ciekawe, to rzadko idzie w parze!), sama o niczym nie decyduje. Toleruje każde zachowanie swojego partnera lub dziecka. Nie umie zadbać ani o siebie, ani o dziecko, bo jeśli daje się terroryzować jednemu lub drugiemu, to dbanie jest niemożliwe. Nie wie, jak ustalać zasady. Ba! Nie wie, jakie one powinny być! Nie ma mowy o jakiejkolwiek konsekwencji, bo nikt nie ma zwyczaju liczyć się ze służącą. Niedecyzyjna, bierna, nieszczęśliwa, wpędza w poczucie bezsensu niczemu niewinne dziecko.

Szafowanie „dobrem” dziecka

W zależności od osobistego wygodnictwa: toleruje przemoc domową („przecież dziecko powinno mieć obydwoje rodziców”)lub rozwala istniejący związek („dziecko powinno mieć szczęśliwą matkę, a z ich ojcem taka nie jestem”). Cacka się z rodzinnym przemocowcem jak ze zgniłym jajem, nie widząc, żerujnuje psychikę dziecka.
Przeciwny biegun: sprowadza do domu i swojego łóżka kolejnych wujków, nie biorąc pod uwagę, że kalejdoskop jej miłosnych porażek burzy poczucie bezpieczeństwa dziecka.
Tylko toksyczna, ograniczona matka uniemożliwia dziecku kontakty z ojcem – najczęściej w imię osobistej zemsty zawiedzionej kobiety, ale z niesieniem na sztandarze „dobra” dziecka (nie mówię o sytuacji, gdy ojciec nie trzeźwieje lub rzeczywiście skrzywdził dziecko). Nie patrzy, jak rozwiązać sprawę spotkań, by było to z największą korzyścią dla dziecka. Zabrania, bo… i tu następuje cała litania bzdur, w jej oczach utwierdzających ją w słuszności podjętej decyzji.
Dla „dobra” dziecka toksyczna matka despotycznie przejmuje ster jego życia w swoje ręce. Lepiej wie, jakie studia ma skończyć, z kim się zadawać, jak spędzać wolny czas. Płaci i wymaga całkowitej lojalności i poddania. „Niesubordynacja” kończy się emocjonalną karą, a nawet zerwaniem wszelkich kontaktów (taką postawę również dość często przejawiają ojcowie).

 „Przyjaciółka” – taka „od serca”

Zwierza się dziecku ze swoich rozterek, obarczając je sprawami, które zwyczajnie je przerastają. Dopytuje o intymne szczegóły z życia dziecka, udziela rad, zabiera na swoje imprezy jako osobę towarzyszącą. Ma z dzieckiem sekrety przed ojcem, trzyma z nim przeciw niemu sztamę.
Z szesnastolatką pali papierosy, siedemnastolatkowi kupuje piwo. Nie wie, że w ten sposób nie zagłuszy swoich wyrzutów sumienia (bo np. skrycie sama nadużywa alkoholu albo w swoim mniemaniu nie spędza z dzieckiem wystarczającej ilości czasu), a jedynie zrobi mętlik w głowie dziecka, które przyjaciół dobierze sobie samo, a potrzebuje, by rodzic był odpowiedzialnym, stabilnym przewodnikiem, rozsądnym tłumaczem rzeczywistości.
Zaprzyjaźnić chce się także z partnerem dziecka. Jeśli ma córkę – będzie kokieteryjna, „młoda”, „atrakcyjna”. Gdy ma syna, każda jego dziewczyna będzie dla niej fantastyczna, ale… I tu po cichutku zaczyna się sączenie jadu: zgrabna, ale nogi ma dość krótkie; fajnie się urządziliście, całe szczęście, że mój syn ma dobry gust; wyjazd to dobry pomysł, tylko czemu jedziecie w góry, skoro ty tak lubisz morze..?

Frustratka

Wiecznie niezadowolona (powód zawsze się znajdzie), krytyczna, nadmiernie wymagająca uwagi. Źle się wyraża o ojcu dziecka, wciąga je w rodzicielskie rozgrywki (to także zdarza się ojcom). Biedne dziecko – jak ono potem samo ma być odpowiedzialnym partnerem i nietoksycznym rodzicem??
Matka skłócona z całym światem (albo ze znaczącą jej częścią) to podwalina problemów psychicznych dziecka. Także matka nadmiernie rywalizacyjna jest generatorem problemów: porównuje swoje dziecko z innymi i albo święci triumfy wbijając siebie w pychę i fałszując obraz rzeczywistości, albo jest niezadowolona.
Jeśli przenosi maskowaną agresję ze swojej matki (najczęściej w relacjach matka – córka) lub ojca (relacja matka – syn), nigdy nic jej nie zadowoli, zawsze znajdzie powód do narzekania i wyrzutów, wpędzając dziecko w chorobliwe zapotrzebowanie na aprobatę.
Brak konsekwencji świadczy o słabości wewnętrznej i ma związek z ogólnym niezadowoleniem matki z siebie i życia. Zabrania czegoś, po czym pod wpływem wymuszenia ustępuje(uwaga! Zmiana zdania pod wpływem argumentów i negocjacji jest jak najbardziej zdrowa, natomiast uleganie dla świętego spokoju, pod wpływem wrzasków lub niezadowolenia dziecka, to postępowanie toksyczne, prowadzące do rozchwiania wewnętrznego obydwojga).
„Sprawiedliwa”

We własnych oczach oczywiście. Bardzo dba o to, by traktować dzieci po równo i tak samo, co powoduje głębokie poczucie niesprawiedliwości w starszym dziecku, bo zwykle od niego więcej się oczekuje mniej dając mu w zamian. Ze zdziwienia przeciera oczy, że jej „sprawiedliwość” powoduje złe relacje między rodzeństwem i wieczne wojny. Drugim końcem kija jest jawne nierówne traktowanie, czyli faworyzowanie któregoś z dzieci – często tego sprawiającego więcej kłopotów. Oczywiście percepcja dziecka jest taka, że może odczuć krzywdę z powodu, który rodzicowi w życiu nie przyjdzie do głowy.


„Obecna nieobecna”

Spędza z dzieckiem bardzo dużo czasu. Fizycznie, bo rzeczywiście w ogóle tego czasu nie spędza z nim. Co z tego, że są cały dzień w domu, jak tak naprawdę albo nie ma czasu się dzieckiem zająć (praca, komputer, portale społecznościowe, sprzątanie, maseczka, rozmowy telefoniczne z darmowymi minutami…), albo nie ma na to ochoty, tylko wstydzi się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Nie przyjdzie jej do głowy, by spędzić pół godziny dziennie całkowicie i tylko z dzieckiem (bez innych czynności, odbierania telefonu, oglądania serialu, odkurzania), by miało ono poczucie, że jest ważne i kochane.Lepsze konkretne pół godziny przytulania, wariowania i wspólnego tarzania się po dywanie, niż cała doba udawania.
 

Matka pijąca

Robi większe spustoszenie w psychice dziecka niż pijący ojciec, chociaż w obydwu przypadkach dziecko wyrasta naDorosłe Dziecko Alkoholika (och, ileż protestów słyszałam: ja nie jestem żadnym dzieckiem alkoholika, tylko mój rodzic po prostu czasem się nie kontrolował…). Kłopoty z samooceną (nieadekwatnie zaniżona lub zawyżona), nadobowiązkowość lub totalne mentalne lenistwo, brak poczucia bezpieczeństwa i lęk przed bliskością to dziedzictwo dorastania w domu z alkoholem. Bez terapii DDA bardzo trudno – jeśli w ogóle możliwe – jest zbudować zdrową rodzinę.


Warto sobie uświadomić, że gdy dziecko wkracza w nasze życie, nic już nie będzie takie samo. Dziecko NIE jest własnością rodzica. To nie pluszowy pajacyk, którego możemy włożyć w dowolną szufladkę.
Zanim zaczniesz, Czytelniku, obwiniać swoją matkę o toksyczność, weź pod uwagę, że:
• Każda matka ma ogromny udział w szczęśliwym lub nieszczęśliwym życiu swojego dziecka. „Ma udział” nie oznacza „jest winna”. Chce dla dziecka jak najlepiej (pomijając patologie) i wychowując dziecko korzysta z dostępnych jej zasobów. Innymi słowy: wychowuje jak umie. A że często nie umie…

• W naszą narodową kulturę wpisana jest przemoc, a to ona jest podwaliną wszelkiej toksyczności. Z pokolenia na pokolenie powielamy metody stosowane w naszych domach, nie umiejąc dostrzec, że można inaczej: zamiast nakazów i zakazów – nagradzanie i wspieranie zachowań pożądanych z karami jako ostateczność. Uważamy klapsa za nieszkodliwe, a wręcz konieczne narzędzie wychowawcze, gdy tymczasem jest to tylko i wyłącznie przejaw bezradności i brak zasobów dorosłego!

• Toksycznością nasiąka się bardziej niż myślisz, więc jeśli pochodzisz z toksycznego domu, trudno ci będzie stworzyć dom zdrowy. Problem polega na tym, że zatruci ludzie nie chcą widzieć własnej trucizny, tylko szukają jej na zewnątrz, obarczając innych winą za własny dyskomfort, domagając się emocjonalnego zadośćuczynienia za doznane krzywdy od partnera lub… dziecka, oczekując od toksycznego rodzica naprawienia „winy” lub pogrążając się w poczuciu krzywdy i nieszczęścia.

• Nieodcięta pępowina, wysoki poziom lęku, ogólny brak zadowolenia i poczucia sensu w życiu, kłopoty z relacjami – to sygnały, że warto szukać pomocy, zanim zatrujesz własne dziecko.

Na początek proponuję przeczytać książkę Susan Forward „Toksyczni rodzice”.
Potem być może warto poszukać zewnętrznego wsparcia. Szkoda życia. "

środa, 3 czerwca 2015

Urodziłam i wróciłam

Miałam tak aktywnie pisać tego bloga, codziennie lub co dwa dni coś wrzucać. I wyszło "jak zwykle". Zabrałam się za pisanie (kończenie) magisterki. Chciałam się obronić przed urodzeniem dziecka i dupa. Później już tylko czytałam, spałam, żarłam i oglądałam seriale. No ale było warto, chociażby dlatego, że się edukowałam w kwestiach konopnych między innymi . No i robiłam pasty dopóki miałam siłę stać i je kręcić :).
Podczas wrzucania materiałów na rebeliantów poznałam wiele polskich stron zajmujących się konopiami, legalizacją, medycznym zastosowaniem. Jako przyszły (daj Boziu) antropolog, wniknęłam też w dawne tradycje, zwyczaje i zabobony, w których uczestniczyły cudowne konopie.
Czuję się pełna wiedzy na ich temat i naprawdę będę bronić każdą częścią ciała tej cudownej rośliny. Tej przemysłowej i tej "złej". Będę o wszystkim opowiadać, bo wrócę tu już na dobre. 
Nawet media przychylnie trąbią na Jej temat. A najbardziej radykalni przedstawiciele polskiej polityki zauważają Jej potencjał, więc hurra! Dzieje się. Ale wciąż za mało.

Wracając do narodzin. Urodziłam syna. 21 marca. Duży chłop bo 4100 ważył. Moja ciąża była roślinna, a mój wspaniały syn nie miał żadnych wad ani anemii. Nadal nie ma, wiadomka. Śpi całe noce, nie ma kolek. Kurde, wiem, że to po części zasługa moja i diety jaką wybrałam. 
Panie w szpitalu pytały "Czym ta mama Cię karmiła, że Ty taki wielki?". A mama mówiła - konopiami. Zdrów jak ryba! Dostał 10/10. Codziennie jadłam minimum pół łyżeczki konopi do jakiegoś dania. Czasami nawet po prostu "na sucho". I teraz też. Dzień w dzień, chociaż troszkę...
Jest syn, gdyby była córka, nazywałaby się Maria Juana...Naprawdę.

Czytając różne publikacje, natknęłam się na informacje o tym, że herbatka z konopi powoduje zwiększenie laktacji, ale w ogóle samo Jej spożywanie bardzo dobrze wpływa na mamę karmiącą jak i na dziecko karmione piersią. Bo nie dość, że Ja dostaję bombę zdrowia, to przekazuję Ją mojemu szczęściu. Zatem mamy- kupujcie konopie i je żryjcie, bo mają łatwo przyswajalne białko i w ogóle wszystko to, czego potrzebuje nasz organizm.

W Dzień Dziecka mogłam popisać się odrobiną wiedzy na ten temat i i wygłosić parę słów na Uniwersytecie Łódzkim. Zostałam zaproszona na spotkanie pod tytułem Palce Lizać organizowane przez Instytut Etnologii i Antropologi UŁ i Łucję Lange. Przyniosłam ze sobą pasty Wegandziowe, żeby pokazać, że zdrowe może być też smaczne :).